Wreszcie nadszedł dzień w którym Polska delegacja dokonać miała swego zasadniczego celu swojej wyprawy – dowóz pomocy humanitarnej do oblężonych enklaw w okupowanej przez Albańczyków strefie południowego Kosowa. Jako przewodnicy towarzyszyło nam dwóch liderów z serbskiej obsady Rudare – w przeciwnym wypadku na pewno tam nie dojechalibyśmy. Natchnieni dotychczasowym powodzeniem ruszyliśmy ochoczo przed siebie – humory nam dopisywały, ale zauważyliśmy, że im bliżej byliśmy strefy albańskiej, tym bardziej nasi serbscy przewodnicy byli coraz bardziej niespokojni.

       Sprawa szybko się wyjaśniła, jeden z nich jako aktywny działacz, był poszukiwany przez albański aparat bezpieczeństwa. W trakcie rozmowy Serbowie prosili nas, abyśmy gdy zdarzy się coś niebezpiecznego wracali jak najszybciej do serbskiej strefy, nie wdając się konflikt z Albańczykami. Na co my – no cóż – Nastajaszczyje Polaki – dumnie odparliśmy, że nie pozostawimy Naszych serbskich przyjaciół w rękach albańskich siepaczy i czynnie przeciwstawimy się im. Co tym bardziej zaniepokoiło ich i prosili tym silniej abyśmy w razie czego szybko uciekali zostawiając ich tam na pastwę albańców. Spór nie został rozstrzygnięty, my zaś pojechaliśmy wspólnie dalej.
      Na szczęście podróż przebiegała bez zakłóceń i stosunkowo szybko dojechaliśmy do okupowanej przez Albańczyków (a właściwie przez stojących za ich plecami inwestorami z całego świata, którzy zagrabione Serbom Kosowo traktowali jak własną kolonię) miasta Prisztina.
      Po drodze mijaliśmy odkrywkową kopalnie aluminium (bogactwa naturalne występują w prowincji Kosowo obficie i na płytkiej głębokości). Fakt ważny w dalszym opisie. Ale też ruiny serbskich domów obok ruin, których wyrastały obficie domki albańców, jakby się spieszyli, aby zająć jak najszybciej zajęte terytorium.
      Miasto już z daleka powitało nas swoim rozmachem i ogromem, a po wjeździe zauważyliśmy podobnie jak w drodze olbrzymią ilość nowych inwestycji międzynarodowych i co ciekawe, sporo inwestycji z Turcji – wiadomo, kraj muzułmański.
      Jednak co najciekawsze, to inwestorami nie byli Albańczycy ale kapitał międzynarodowy. Albańscy żyli w ubóstwie i niemal brudzie – od razu rzucała się w oczy różnica między porządną i czystą serbską północą, a „zgniłym” południem, gdzie Albańczyk myśli jak tu przetrwać do wieczora, a jutro niech samo się o siebie martwi.
      Od razy narzucało się skojarzenie, że obecność Albańczyków jest tu tylko pretekstem do bezkarnej ofensywy inwestycyjnej zagranicznego kapitału – tym bardziej, że zmilitaryzowana prowincja Kosowa jest „exterytorialna” np. nie trzeba tam płacić podatków !
      Wielość inwestycji spowodowała, że nasi Serbowie stracili orientację [a bardzo lękali się, w obawie przed rozpoznaniem i zaatakowaniem zapytać o drogę] i dłuższy czas szukaliśmy wyjazdu z Prisztiny do Graczanicy. W końcu po dłuższym poszukiwaniu odnaleźliśmy drogę i wjechaliśmy do serbskiej enklawy (niemal na każdym słupie wisiała serbska flaga) w okupowanej przez Albańczyków części Kosowa. Nasz pierwszy postój to późnośredniowieczna cerkiew serbska (mur wokół cerkwi zdobił w koronie zwinięty drut kolczasty). Czas zwiedzania wykorzystaliśmy także na rozmowy z mieszkańcami – dowiedzieliśmy się, że obecnie nie ma bezpośredniego zagrożenia ani walk również nocnych – podobno Albańczycy bojąc się nie atakują zwartych osiedli serbskich. Jednak samo istnienie tej enklawy wskazuje, że tu w Graczanicy przebiega front, granica na której opiera się cywilizacja i chrześcijaństwo przed zalewem albańskich najemników na służbie międzynarodowych korporacji. Upadek tego miejsca, to byłby znak że żywioł serbski jest bezsilny i znakiem do zalewu pozostałej części Kosowa, dlatego utrzymanie jego jest tak ważne. Dopiero bliżej widać, że jest to wielkie osiedle zamieszkałych małych kontenerach ludzi.
Tak XXI wieczna cywilizacja traktuje osobę ludzką i co ciekawe, to nie wojska KWOR, to nie inwestujące w tej strefie korporacje, nie Unia Europejska dała te kontenery dla ludzi wygnanych z własnych domów, pozbawionych wszystkiego. A jednak ludzie Ci żyją tu z wielka godnością. Staliśmy przed „kontenero – domkiem” mężczyzny, który kiedyś był dyrektorem tej kopalni aluminium, którą mijaliśmy w drodze.
Staliśmy z nim i członkami rodziny (ma 3 dzieci, wszyscy się uczą i chcą się jakoś wyrwać z tego „getta”) właśnie w tym „kurnikowym” zadaszeniu międzykontenerowym, które dla tych ludzi jest „światem poza domem” to ich deptak, ich teatr ich miejsce odpoczynku i relaksu, cały świat.
Człowiek ten, niesamowicie – pomimo, właściwie nędzy, kulturalny, otwarty i serdeczny – dzielił się z Nami tym co właściwie tak naprawdę „nie miał” Nadeszła wreszcie ta wiekopomna chwila – wręczenia „darów charytatywnych” dla nich, jakże źle czuliśmy się w tej chwili – wiedzieliśmy przecież, że za kilka dni wrócimy do naszych względnie zamożnych domów, a tutaj te kilkanaście kilogramów tej mąki, tego cukru, tej kaszy, to był „wielki przypływ dóbr” dla tych ludzi.
Po prostu wstyd nam było za naszych rodaków służących w jednostkach „KWOR” okupujących tą ziemię, że pobyt tu nie wykorzystują na pomoc tym ludziom, lecz że są najemnikami, służącymi tu za duże pieniądze na żołdzie Unii Europejskiej, aby właśnie Ci tak szlachetni Ludzie żyli w tym getcie w biedzie i poniżeniu !
        Wielokrotnie, w trakcie pobytu na całej serbskiej ziemi, mówiono nam, że lepiej abyśmy nie nosili naszych barw narodowych, biało-czerwonych opasek na rękawach, bo bardzo źle kojarzą się one mieszkańcom tej ziemi. My nie rozumieliśmy tego, wierząc w ufność wpajanej nam przez lata wychowania propagandy, że Polak to człowiek szlachetny – niosący dobro i wolność innym narodom. 
        W tych właśnie chwilach, zrozumieliśmy, że ten piękny duchowy i kulturowy kapitał „za nasza i waszą wolność”, który pozostawili nam w poprzednich wiekach nasi przodkowie, w ciągu kilku ostatnich lat został sprzedany za „nędzne srebrniki” wprzęgając nas w kierat Unii Europejskiej.
         Czy kiedykolwiek odbudujemy jako Naród nasz wizerunek – czas pokaże, i oby nie był to moment, w którym zostaniemy zmieceni gniewem uciskanych prze UE narodów !

A jednak, nasza obecność, nasze otwarte i jasne oblicze sprawiła jak by na tym terenie mały Cud. Żegnani serdecznie przez tych szlachetnych ludzi ruszyliśmy w drogę powrotną do Ojczyzny, z myślą, aby czas przyniósł odmianę wśród Naszych rodaków.
Aby ludzie w Naszym kraju mogli zrozumieć jak wiele można dla tych przecież wcale nie bezimiennych ludzi uczynić dobra i tego materialnego i tego duchowego.
Abyśmy odwrócili się od organizacji i ludzi wiodących Nas jako naród do Zła, a powrócili na tradycyjna polską ścieżkę Szlachetności i Dobra.